
Zawsze intrygował mnie sposób, w jaki HIM przedstawiał miłość, namiętność i swego rodzaju tęsknotę za uczuciami. W większości utworów pisanych przez Ville Valo można poczuć apokaliptyczną atmosferę „końca naszych dni”. Jak gdyby kolejny dzień miał nigdy nie nadejść, przez co wyśpiewanie wszystkich emocji tu i teraz jest tak ważne! Osiągnięcie brzmienia, które wywołuje w słuchaczu nostalgię i tęsknotę za ludźmi i zdarzeniami, których nigdy w ich życiu nie było nie jest łatwe, a jednak HIM robił to wybitnie dobrze. Ta niełatwa twórczość była często wynikiem specyficznego stylu życia i bycia Villego, a wszystko to zaczęło się w Finlandii na początku lat 90-tych…
Burzliwe początki
Narodziny zespołu nie należały do najspokojniejszych. Gdy w 1991 roku Ville Valo i Miko „Mige” Paananen zaczynali swoje amatorskie podrygi w branży muzycznej mieli do dyspozycji jedynie dwie gitary basowe i głowy były pełne pomysłów. Mige grał na typowym czterostrunowcu, natomiast Ville na wariancie sześciostrunowym, przejmującym z musu rolę gitary prowadzącej. Po bezowocnych poszukiwaniach odpowiedniego wokalu do swojej formacji także i ta pozycja wpadła w ręce Villego. Początkowo z różnymi dochodzącymi i odchodzącymi muzykami zespół grał w Helsińskich klubach jako Black Earth, Black Salem czy też Kafferi, aby w końcu dojść do punktu, w którym przedstawiali się jako His Infernal Majesty. Nazwa ta była bezpośrednią grą słów związaną z tytułem His Imperial Majesty, z czego Ville lubił żartować w późniejszych wywiadach. Zespołowi udało się nagrać swoje pierwsze demo zatytułowane Witches and Other Night Fears, które otworzyło im drzwi do zagrania koncertu z okazji sylwestra 1991-92 w helsińskim klubie Semifinal. Brak regularności i zmiany w składzie nie przysłużyły się jednak moralom członków zespołu, przez co krótko po koncercie projekt został wstrzymany. Przerwa ta trwała aż do roku 1995, gdy w składzie Ville Valo (wokal), Mige (gitara basowa), Linde (gitara prowadząca), Patka (perkusja) i Antto (keyboard) wrócili na scenę, już ze skróconą nazwą – HIM. Skrócenie nazwy miało konkretny cel, a mianowicie ułatwienie finom wypowiadanie nazwy zespołu, gdyż pełne His Infernal Majesty bywało przekręcane i przede wszystkim było trudne do zapamiętania. Zmiany okazały się strzałem w dziesiątkę, bo jeszcze tego samego roku zespół zagrał jako support dla fińskiego artysty Kanko Roykka, a następnie jako opener dla Type O Negative. Obydwa koncerty miały miejsce w helsińskim Teatro, więc był to przeskok na całkiem dużą scenę.

Pierwszy studyjny album
Zespół rozwijał się i zaczynał powoli wykształcać swój charakterystyczny styl, choć na ten moment twórczość była jeszcze dość chaotyczna. W trakcie poszukiwania inspiracji i pisania tekstów do piosenek Ville wpada na genialny pomysł, jakim jest połączenie serca (symbol miłości, dobra) z pentagramem (symbol śmierci, zła). Efektem jest legendarny już dziś Heartagram, ale o nim samym wspomnę nieco później. W międzyczasie powstaje także drugie demo zatytułowane This Is Only the Beginning, przepełnione charakterystycznymi dla późniejszego HIM dźwiękami. Zespół próbuje wypłynąć na szerokie wody rozsyłając dema do wydawnictw Nuclear Blast, Roadrunner czy Spinefarm Records, jednak pozostaje przez dłuższy czas bez odzewu. W przypływie weny skład nagrywa cover kawałka Wicked Game, wykonywanego w oryginale przez Chrisa Isaak’a. Nagranie trafia na biurko agenta Asko Kallonena z BMG, który dostrzega potencjał kryjący się w zespole, co kończy się ostatecznie podpisaniem kontraktu na nagranie albumu w studiu. Greatest Lovesongs Vol. 666 został nagrany i zmasterowany w zaledwie 5 dni, co można odczuć szczególnie mocno wsłuchując się w perkusję. Czuć, że jest to czyste nagranie instrumentu, bez zbędnego majstrowania czy samplowania. Nad dźwiękiem czuwał tutaj Hiili Hiilesmaa, którego później Ville nazywał „szóstym członkiem zespołu” i któremu dziękował wielokrotnie za „odnalezienie brzmienia„. Koncert promujący album odbył się w klubie Tavastia (czyli w tym samym lokalu, w którym grali na sylwestra 1991-92). Charakterystyczne, mroczne brzmienie zespołu łączące w sobie wyrazisty wokal i mocne riffy przyjęło się bardzo dobrze i HIM zaczął nabierać wiatru w żagle.

Zmiany w zespole
Zespół, mimo rozwijającej się w dobrym kierunku kariery, wpadł w serię kłopotów ze składem. Zaczęło się od klawiszowca, Antto, który przez swój zbyt chaotyczny i zdezorganizowany styl został wyrzucony z zespołu. W jego miejsce wskoczył Jussi-Mikko „Juska” Salminen, co delikatnie wydłużyło sesje nagraniowe do nowego albumu. Niedługo po dołączeniu Juske do składu zespół zmierzył się z kolejnym wyzwaniem – dziewczyna perkusisty zaszła w ciążę, przez co nie miał wystarczająco dużo czasu na tworzenie i nagrywanie w studiu. Zastąpił go Mika „Gas Lipstick” Karppinen, a zespół po kilku bezowocnych sesjach w helsińskim studio podjął decyzję o relokacji do studia w Rockfield (Walia), gdzie pod okiem Johna Fryera udało się wypracować właściwe brzmienie. Niedługo po rozpoczęciu nagrań zespół wydał singiel Join Me (In Death), który okazał się ogromnym sukcesem na europejskich listach. Kolejnym krokiem było oczywiście wydanie albumu Razorblade Romance, który również został dobrze przyjęty przez słuchaczy i krytyków. Zdecydowanie czuć tutaj więcej pracy włożonej w produkcję i brzmienie, co przełożyło się na zwiększenie grona sympatyków zespołu.
Po kilku miesiącach zespół ponownie musiał zmierzyć się ze zmianą. Z grania w składzie zrezygnował klawiszowiec Juska, co argumentował wypaleniem. Jego miejsce zajął Janne „Burton” Puurtinen, który to został z zespołem już do samego końca trwania projektu. Pojawiły się jednak inne kłopoty, a mianowicie naciski wytwórni. BMG wydelegowało do pracy nad kolejnym albumem Kevina Shirleya, co wkrótce miało odbić się zespołowi czkawka. Nagrywanie albumu zajęło bowiem jedenaście miesięcy, w czasie których zmieniły się mocno nastroje w zespole. Ze wspomnień Valo można dowiedzieć się, że na początku nagrań zespół był w fazie fascynacji brzmienia Black Sabbath, a pod koniec w głośnikach wybrzmiewał najczęściej Neil Young, co miało mocno przełożyć się na różne brzmienie utworów na nagrywanym krążku. Zespół wydał finalnie album Deep Shadows and Brilliant Highlihts, który okazał się sporym sukcesem i otworzył zespołowi drogę do pierwszego koncertu w Wielkiej Brytanii. Co prawda na ten moment jako support dla większych zespołów, ale to wystarczyło, by wypchnąć ich na szerokie wody.

W tym momencie muszę wspomnieć o kimś, kogo możesz kojarzyć z The Jackass czy Vival La Bam! Bam Margera, bo o nim mowa, po usłyszeniu zespołu dosłownie zwariował na ich punkcie, o czym opowiadał wiele razy w swoim show na MTv oraz w prawie godzinnym materiale poświęconym opowieści o współpracy z zespołem (polecam obejrzenie materiału HIM vs BAM, z którego można dowiedzieć się, że zwykły z pozoru wyjazd na zawody skateboardingowe może skończyć się naprawdę niespodziewaną współpracą). Po zaprzyjaźnieniu się ze składem Bam zajął się promocją zespołu w Stanach, a także pomógł w zorganizowaniu pierwszego koncertu HIM na terenie USA. Oczywiście na tym się nie skończyło, ale po kolei… Bo trasa promująca najnowszą płytę okazała się dla zespołu fatalnie wyczerpująca, przez co skład był bliski rozpadu. Sam album również nie spełniał oczekiwań zespołu, gdyż zdaniem Valo projekt posiadał zbyt wielu kierowników, każdy dorzucał swoje trzy grosze, przez co utwory nie miały do końca charakterystycznego brzmienia wypracowanego przez ostatnie lata.
Odnalezienie brzmienia
Zespół wrócił do Finlandii aby wznowić prace nad kolejnym materiałem, lecz tym razem ponownie z Hiilim Hiilesmaa, co pozwoliło na powrót do love-metalowego brzmienia. Ville i pozostali członkowie znów grali pierwsze skrzypce, nie tylko na scenie, ale także w studiu nagraniowym. Praca zaowocowała albumem, który dziś znamy pod tytułem Love Metal. To właśnie wtedy najszybciej rozwijała się współpraca HIM z Bamem Margera, który pomógł zespołowi wyreżyserować kilka wideoklipów, w tym Buried Alive by Love i The Sacrament. Powrót do oryginalnego brzmienia, realizacja teledysków i zawziętość w promocji zespołu w Stanach sprawiły, że zaplanowana na USA trasa koncertowa wyprzedała się do ostatniego biletu. Zespół nabrał wiatru w żagle utwierdzając się w przekonaniu, że obrany kierunek muzyczny jest jak najbardziej właściwy. Zespół napędzany sukcesami wydał album będący kompilacją znanych utworów And Love Said No: The Greatest Hits 1997–2004, który zawierał także dwa całkiem nowe utwory – And Love Said No oraz Solitary Man (cover Neila Diamonda), do których klipy ponownie wyreżyserował Bam Margera. Zespół przeszedł do nowej wytwórni, Sire Records, która była odpowiedzialna za wydawanie krążków wszędzie poza Finlandią. Tutaj Valo wziął sprawy w swoje ręce i założył wytwórnię Heartagram, która miała kontrolę nad wszystkim co związane z wydawaniem płyt w ojczyźnie zespołu.